Życie powinno być maksymalnie proste. Ot, co!
Na przykład – kiedy chce mi się jeść, to po prostu idę do kuchni i robię sobie kanapkę, dwie. Kiedy chce mi się pić, nastawiam wodę na ogień, żeby zrobić sobie herbatę albo kawę. Kiedy chce mi się srać albo sikać, idę do kibla. Kiedy jestem senny, śpię. Kiedy jestem pełen energii i mam ochotę coś zrobić, to właśnie to robię. I tyle.
Kiedy mam ochotę obcować z geniuszem literackim, to czytam Franka Herberta. Kiedy mam ochotę posłuchać porządnej muzyki albo poruszających tekstów, to włączam płytę Kazika albo Toma Waitsa. Kiedy chcę popatrzeć na poruszający film, puszczam “Dzień świra” albo “Donniego Darko”. Kiedy chcę obcować z kulturą wyższą, to po prostu to robię.
Mamy mnóstwo potrzeb w życiu, prawda? Wyższego i niższego szczebla. I je wszystkie chcemy zaspokoić. Niezaspokojona potrzeba zaczyna się w nas wgryzać, gromadzi się w nas złość i żółć, a kiedy ona wyleje, lepiej nie stanąć jej na drodze.
Mamy mnóstwo potrzeb w życiu, ale za każdym razem, kiedy kończy się dzień, mamy tylko jedną: chcemy czuć się potrzebni.
Pamiętam niedawne jeszcze czasy, kiedy byłem we wspaniałym związku i byłem jej potrzebny. Potrzebowała mnie, tak samo jak ja potrzebowałem jej. Mogliśmy na siebie wzajemnie liczyć, ale myśl o tym, że jestem jej tak bardzo potrzebny sprawiała, że czułem się… Ciężko to określić.
Nie wiem, jak was, ale mnie to po prostu krzepi. Że ktoś nas potrzebuje.
Teraz jednak nie jestem nikomu potrzebny. Owszem, mam rodzinę, mam przyjaciół. Tak, jestem potrzebny w domu i w pracy, potrzebny jestem także towarzysko. Wiem o tym doskonale. Ale mogą mnie tam zastąpić: rodzina ciągle się zwiększa i zmniejsza, w pracy znajdą kogoś na moje miejsce, a moi przyjaciele pozostaną przyjaciółmi, nie rozejdą się tylko dlatego, że mnie zabraknie. Chciałbym poczuć się potrzebny komuś, kto nie będzie mógł ścierpieć mojego braku.
Nie wiem, jak was, ale ten fakt mnie dobija.
Potrzeba potrzeby.
Ja mam trochę inaczej – nie jestem ani potrzebny, ani niezastąpiony. Nikt nie odczułby, że mnie nie ma – mało tego, niektórzy (czyli sporo) nawet by się z tego cieszyli. Tak naprawdę, to większość ludzkości jest do zastąpienia. Jedynie jakiś 1% ludzi jest nie do zastąpienia. Wybitne jednostki. Ja wiem, że moje komentarze cię absolutnie nie ruszają, ani nie obchodzą, ale… mnóstwo ludzi ma taki problem.
Podaj mi przyklad kogos niezastapionego?
Ten swiat, jego flora i fauna znakomicie by sobie poradzil bez nas :>
Mówię o niezastąpieniu wśród ludzi. Wiadomo przecież, że świat sobie bez nas poradzi. Ale niektórych ludzi nie sposób zastąpić; zwłaszcza tych, którzy okazali się ważni dla historii ludzkości.
Np.? Wszystkich da się zastąpić, nawet tych tzw. ważnych dla historii – po prostu byłaby inna.
Byłaby inna, tak… ale czy lepsza? Pewnych na pewno chciałoby się z niej wykreślić, jak np.: Hitlera, ale co by Polska zrobiła bez na przykład Piłsudskiego, bez Jana Pawła II, bez tych tak królów, którzy tyle wieków naszą historię tworzyli? Przykładów masz na świecie dużo, ale pewnie zaczniesz od obalania tych, co ci podałem. Takich jak ty nie zadowoli żadne, nawet najlepsze i najprawdziwsze wyjaśnienie.
nwn jestes za glupi, nie chce mi sie z toba gadac.
Dzięki Bogu!
Ale tu nie chodziło o to że ktoś tam jest ogólnie niezastąpiony. Tu chodziło o to że KTOŚ dla KOGOŚ jest potrzebny do życia niczym tlen. Właśnie czucie się naprawdę potrzebnym to coś, czego i mi też często brakuje.
Prosiaq dobrze to ująłeś. I tyle, nie mam nic więcej do dodania.